|
|
|
George Ciccariello-Maher, CounterPunch, 27.02.1989
Wenezuela: Początek czwartej wojny światowej 19 lat po Caracazo
19 lat temu, 27 lutego 1989 roku, brutalnie stłumiono spontaniczne powstanie na ulicach Wenezueli, będące bezpośrednim skutkiem polityki Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Podczas wydarzeń, znanych pod nazwą Caracazo, rząd Carlosa Andrésa Péreza wymordował tysiące ludzi. Wydarzenia te mają kluczowe znaczenie dla Rewolucji Boliwariańskiej w Wenezueli.
By odnaleźć początki rebelii przeciw neoliberalizmowi, trzeba sięgnąć głębiej niż do wydarzeń w Seattle w 1998 r. (amerocentryczni aktywiści notorycznie utrzymują, że początki ruchu to Seattle), czy nieco wcześniejszych protestów w Londynie w tym samym roku. Trzeba wręcz sięgnąć głębiej, niż do początków ruchu zapatystowskiego 1 stycznia 1994 r. Caracazo miało miejsce wcześniej niż to wszystko. Więc 19 lat po tej potężnej walce warto sięgnąć pamięcią wstecz do tych nadzwyczaj ważnych, lecz często zapomnianych wydarzeń, które Fernando Coronil określił mianem "największej i najbrutalniej stłumionej rewolty przeciw nieznośnym warunkom w historii Ameryki Łacińskiej".
KIJEM I MARCHEWKĄ
Carlos Andrés Pérez został wybrany po raz drugi (po przerwie) 2 lutego 1989 r., po zajadle antyneoliberalnej kampanii, podczas której snuł demoniczne wizje MFW jako "bomby, która jedynie zabija ludzi". Jego reformy to wzorcowy przykład reform kija i marchewki: Pérez sukcesywnie wdrażał co do joty dopiero co uchwalony konsensus waszyngtoński. Kurs ten zaprowadził tak forsownie, że jego neoliberalny "pakiet" ("paquetazo") ekonomiczny ogłoszono ledwo dwa tygodnie po tym, jak w swym inauguracyjnym orędziu zaatakował międzynarodowe instytucje pożyczkodawcze i poprzysiągł solidarność narodu-dłużnika. W swym późniejszym przemówieniu 16 lutego Pérez przestrzegł, że kraj musi przygotować się na "Wielki Zwrot".
Choć elity wenezuelskie uprawiały od ładnych paru lat igraszki z neoliberalizmem, a prezydent Jaime Lusinchi zaprowadził nawet heterodoksyjnie neoliberalny pakiet w 1984 r., ortodoksja pakietu Péreza pozostawała znamienna. Gdy ogólny bunt i przywłaszczenia sprawiały, że większość miast wenezuelskich miała nóż na gardle, podstawowe założenia Péreza w liście intencyjnym z 28 lutego, podpisanym wraz z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, były następujące: cięcia wydatków rządowych i wypłat, deregulacja stóp wymiany i stóp zysku (co oznaczało w szczególności likwidację subsydiów dla rolników), złagodzenie kontroli cen, redukcja subsydiów, wprowadzenie podatku obrotowego, liberalizacja cen dostarczanych przez państwo dóbr i usług (w tym ropy), zniesienie ceł i liberalizacja importu, wreszcie ogólne ułatwienie transakcji zagranicznych w Wenezueli.
Krótko mówiąc, plan ten oznaczał mieszankę wybuchową stagnacji przychodów wobec gigantycznego skoku cen i dewaluacji waluty. Zgodnie z oczekiwaniami, bieda sięgnęła szczytu w 1989 r., dotykając 44% gospodarstw domowych (podwojenie bezwzględnego wskaźnika w ciągu pięciu lat), zaś 20% ludności żyło w skrajnej nędzy. Choć co najmniej od 1983 r. wzrost cen pozostawał źródłem niepokojów - dewaluację boliwara w 1983 r. do dziś pamięta się jako Czarny Piątek - Wenezuelczycy powszechnie i bezsprzecznie słusznie uznawali swe powszechne prawo do tego, co znajduje się w ich ziemi. Rozpaliło to wściekłe promienie rewolty wczesnym rankiem 27 lutego.
27 LUTEGO 1989 ROKU
To był poniedziałek. W weekend Pérez sprzedał Wenezuelczykom kopa w tyłek: zliberalizowane ceny ropy poszybowały niebotycznie, ceny benzyny na dobry początek wzrosły o 100%. Choć rząd starał się zmusić małe przedsiębiorstwa transportowe do przełknięcia większości skutków podwyżki, przekonując Narodową Federację Transportu, by podniosła ceny biletów jedynie o 30%, wiele mniejszych federacji i indywidualnych przewoźników odmówiło podporządkowania się porozumieniu. Trudno ich za to winić, skoro ceny benzyny poszybowały jednego dnia.
Podczas rannej zmiany pracujących na czarno robotników w Caracas wybuchły protesty. Po odkryciu, że taryfy podwoiły się, wielu odmówiło zapłaty. Już dobrze przed szóstą rano dochodziły wieści o buntach, zamieszkach i płonących autobusach na wielu przedmieściach i w centrach miast w kraju. Demonstracje na wschodnim przedmieściu Guarenas (od 7:30 rano trwały tam niepokoje) rozpaliły szeroki opór w regionie. O szóstej rano rozpoczęła się okupacja drugiego końca linii Guarenas-Caracas, stacji Nuevo Circo w Caracas przez studentów, którzy publicznie besztali kierowców.
Tłum z Nuevo Circo razem z pracującymi na czarno robotnikami pomaszerował na północ na Aleję Bolivara, budując barykady by zablokować tę główną arterię. Do południa kolejne blokady wyrosły na wschodzie od Placu Wenezuelskiego po Uniwersytet Główny, na południu na autostradzie Francisco Fajardo, na zachodzie na Alei Sił Zbrojnych. Studentów, robotników i zahartowanych rewolucjonistów zjednoczył rewolucyjny ferment, zaś początkowy gniew na wzrost cen biletów (wymierzony głównie w indywidualnych przewoźników) stopniowo przerastał w gniew na całokształt polityki neoliberalnej (wymierzony wprost w prezydenta).
Struktura gospodarki nieformalnej dała aż nadto warunków do buntu: dostarczyła środków koordynacji i komunikacji, w tym taksówek motocyklowych uwijających się z miasta i do miasta, zmieniając obraz spontanicznej rebelii w obraz bardziej zorganizowany, coraz bardziej przypominający sytuację, którą nazwać można rewolucyjną.
Równocześnie w innych miastach rozwój sytuacji odbywał się zgodnie z podobnym scenariuszem: wczesnym rankiem wybuchły protesty w San Cristóbal, Barquisimeto, Maracay, Barcelonie, Puerto la Cruz i Méridzie, zaś po południu w kolejnych dużych miastach jak Maracaibo i Walencja. Niektórzy całkiem słusznie wskazywali, że etykietka "Caracazo" jest myląca, rozmywając bardziej generalną, narodową naturę rebelii.
27 lutego, w godzinach popołudniowych, pojawiły się doniesienia o zabitych w Caracas, gdy policja w Parku Centralnym otworzyła ogień do studentów. Nocą powszechne stały się przywłaszczenia i plądrowanie (często wspomagane przez policję), dotykając nawet zwykle nietykalnych bogatych osiedli na południu Caracas. W samym Caracas spłonęło ponad 1000 sklepów. Choć zwykle zagarniano artykuły pierwszej potrzeby (większość nagrań video pokazuje ludzi taszczących artykuły gospodarstwa domowego i żywność, szczególnie wołowinę), nie ominięto artykułów luksusowych, i wiele barrios [osiedla nędzy] bawiło się, zagryzając dobrym żarciem importowaną whisky i wznosząc toasty szampanem.
"CAŁKOWITA NORMALNOŚĆ"
Obraz 28 lutego daleki był od klarowności: gdzieniegdzie policja na oślep strzelała z broni automatycznej, gdzie indziej - jak w dzielnicy Antimano na południowym zachodzie Caracas - przyzwoliła na kontrolowane przywłaszczenia. Pierwsze próby rządu, by opanować bunt, skończyły się spektakularnym fiaskiem: minister spraw wewnętrznych pojawił się na żywo w telewizji, apelując o spokój, tylko po to, by ta nie nadawała obrazów z ulicy.
O 18:00 w telewizji pojawił się sam Pérez, by ogłosić doniosłą decyzję o zawieszeniu gwarancji konstytucyjnych i ustanowieniu stanu oblężenia. Na tym tle, tylko się ośmieszał, równocześnie dowodząc, że kraj znajduje się w sytuacji "całkowitej normalności". Zwiastowało to zarówno zielone światło dla represji rządowych, jak początek końca rebelii. Zaprowadzono godzinę policyjną, brutalnie rozprawiając się z tymi, którzy jej nie przestrzegali.
Najgorsze represje dotknęły największych barrios w Caracas: Catia na zachodzie i Petare na wschodzie. Policja skupiła uwagę na tym ostatnim, szczególnie na osiedlu 23 de Enero, jako mózgu organizacyjnym rebelii. Znanych organizatorów wywleczono z domów i zabito albo "zniknięto", zaś na opór snajperów siły bezpieczeństwa odpowiedziały ogniem wymierzonym w same bloki mieszkalne, na których po dziś dzień widać ślady po kulach. W Petare, największym i najbardziej wzburzonym slumsie w Caracas, 1 marca armia otworzyła ogień na stacji Mesuca, zabijając około 20 osób.
Większość kraju "uspokojono" w trzy dni, lecz Caracas pozostawało zarzewiem buntu przez ponad pięć dni. Nigdy nie ustalono dokładnie liczby ofiar rebelii, tym bardziej, że rząd Péreza uziemiał wszelkie próby śledztwa w związku z wydarzeniami. Kolejne śledztwa rządowe ustalają liczbę zabitych na 300 osób, lecz w świadomości ludowej gnieździ się liczba 3000. Wieści o masowych mordach w 1990 r. prowadzą do odkrycia zbiorowej mogiły w części cmentarza publicznego nazywanej - pewnie nie przez przypadek - "Nową Zarazą". Ekshumowano 68 ciał w plastikowych workach, nikt nie wie, ile jeszcze trupów ukryły siły rządowe.
NARODZINY BOLIWARIAŃSKIEGO RUCHU REWOLUCYJNEGO-200
Fasada demokratyczna, która skrywała realia wenezuelskie przed światem, nagle prysła jak bańka mydlana. Pérez został wezwany na dywanik przez takich światowych przywódców, jak choćby George Bush senior czy Felipe González, którzy wyrazili swój szok i przerażenie, że takie zależne państwo klienckie nagle ewidentnie urywa się z łańcucha. Beznadziejnie starając się podtrzymać wizerunek demokratycznej wyjątkowości, usiłowali nawet zwalić winę za rebelię na nielicznych ekstremistów czy wręcz obcokrajowców (czytaj: Kolumbijczyków).
Caracazo było politycznym podzwonnym dla starego reżimu. Dobitnie to wyraził były czawistowski wiceprezydent José Vicente Rangel: "Historia Wenezueli pękła na pół." Przywódca rewolucyjnej Koordynacji Simóna Bolívara, Juan Contreras, dowodzi, że to Caracazo, nie zaś dwie próby przewrotu w 1992 r. (pierwszą z nich podjął Chávez) ostatecznie zniszczyło skorumpowaną "partiokrację". Dowodzi tego fakt, że były one bezpośrednim skutkiem rebelii z 1989 r., czy jak to ujmuje Contreras: "Nie Chávez stworzył ruch, lecz my jego."
Już wcześniej, w 1982 r., w dwusetną rocznicę urodzin Wyzwoliciela, w siłach zbrojnych powstał dowodzony przez Hugo Cháveza, Jesúsa Urdanetę, Raúla Isaíasa Baduela i Felipe Antonia Acostę tajny ruch rewolucyjny: Boliwariański Ruch Rewolucyjny-200 (MBR-200). Przez kilka następnych lat spiskowcy pracowali nad rekrutacją na rzecz ich sprawy niższych rangą oficerów, lecz plany MBR-200, by wywołać przewrót, ciągle znajdowały się w powijakach, stąd w dniach Caracazo nie mogli stanąć na wysokości zadania.
Efekt polaryzacji, wywołany rebelią i następującą po niej masakrą, był w wojsku równie potężny jak wśród ogółu ludności. Młodzi żołnierze, w większości wywodzący się z niższych klas, często odmawiali wykonania rozkazów, gdy rozkazywano im by masakrowali barrios. Sam Chávez mówił o tym, jak ważne pozostawało Caracazo dla przyszłych prób przewrotu: "bez Caracazo nie bylibyśmy w stanie tego uczynić, był to śmiertelny cios dla Péreza, kolejni oficerowie armii odmawiali uczestnictwa w represjach, mających miejsce w tamtych dniach". Caracazo "reaktywowało" mizerniutki MBR-200, zaostrzając opozycję ruchu wobec panującego systemu politycznego i dostarczając mu nowych rekrutów.
PAMIĘĆ O CARACAZO
Choć poza Wenezuelą Caracazo pozostaje zapomniane, spaliły na panewce próby wymazania tej masowej rebelii ludowej - zapadła w pamięć zarówno tym, którzy ją kultywują, jak i elitom, które tym bardziej drżą przed biednymi i zmarginalizowanymi masami. Po sukcesie w postaci wyboru rządu Cháveza w 1998 r. pamięć ta znalazła bazę instytucjonalną, i gdy poprzednie rządy starały się wymazać Caracazo bądź zbagatelizować jego znaczenie, Rewolucja Boliwariańska znalazła w tej rebelii swój moment narodzin.
Rocznicę Caracazo obchodzono ostatnio na publicznej sesji Zgromadzenia Narodowego, która odbyła się w El Valle, jednym z największych barrios w Caracas, w którym represje należały do najbrutalniejszych. Wiceprezydent Jorge Rodríguez, którego własny ojciec zginął w 1976 r. z rąk policyjnych oprawców, powiedział w swym przemówieniu: "Nadal musimy mierzyć się z bezkarnością, znajdując odpowiedzialnych za masakrę w lutym i marcu 1989 r. Pamięć [o Caracazo] nie może umrzeć, a Wenezuelczycy nie mogą pozwolić, by zapomniano, jak w owym czasie łamano prawa człowieka." W związku z tym, rządowy "obrońca ludu" Germán Mundaraín podkreślił doniosłość budowy wielkiego pomnika w Caracas, upamiętniającego zabitych podczas Caracazo.
Ponadto Mundaraín wszczął odpowiednie procedury, żądając ekstradycji Carlosa Andrésa Péreza z Miami (gdzieżby indziej?), w celu postawienia mu zarzutów sprawstwa kierowniczego masakry. Choć ciężko będzie ukarać uczestników masakry, którą zakończyło się Caracazo, zaś ekstradycja Carlosa Andrésa Péreza ze Stanów Zjednoczonych pozostaje niemal niemożliwością, w ten sposób daje się świadectwo, że o spuściźnie Caracazo nie zapomniano.
Tak od dawna dowodzi Luis Britto García, radykalny poeta i pisarz polityczny (ostatnio powołany do prezydenckiego komitetu reformy konstytucyjnej): "W Wenezueli ma początek czwarta wojna światowa. Trzecią wojną światową była zimna wojna, której kulminacją był upadek Związku Radzieckiego i pozorny triumf neoliberalizmu. Czwarta wojna światowa zaczęła się w Wenezueli 27 lutego 1989 r., pierwszą ogólnonarodową rebelią przeciw pakietowi neoliberalnemu. W efekcie odkryliśmy, że niemożliwe jest globalne rozciągnięcie neoliberalizmu na polu gospodarczym, społecznym, politycznym i kulturowym."
Spuścizna Caracazo, pierwszej salwy w wojnie przeciwko neoliberalizmowi, trwać będzie tak długo jak trwać będzie walka.
Tłumaczenie: Paweł Michał Bartolik.
|
|
|